7 rzeczy, które mnie zdziwiły w Andorze i Barcelonie

Zanim napiszę Wam co robiłam w Andorze i co zdążyłam zobaczyć podczas krótkiej przerwy w Barcelonie, chcę podzielić się z Wami na gorąc...



Zanim napiszę Wam co robiłam w Andorze i co zdążyłam zobaczyć podczas krótkiej przerwy w Barcelonie, chcę podzielić się z Wami na gorąco pewnymi spostrzeżeniami, które naprawdę mnie zaskoczyły w tych dwóch miejscach.  Oczywiście zawsze w trakcie podróży poznajemy nowe zwyczaje, dowiadujemy się różnych ciekawych rzeczy o kraju do którego podróżujemy ale tym razem pewne sytuacje mnie zdziwiły głównie dlatego że cały czas byłam w Europie i nie sądziłam, że coś takiego może mnie spotkać tak niedaleko od Polski.

1.       Dużo ludzi z psami


Zarówno w Andorze jak i w Barcelonie widziałam bardzo dużo osób spacerujących z psami. Zaczęło się już na lotnisku. Przeważnie były to psy rasowe, ubrane w modne kurteczki bo przecież mamy zimę. Zdziwiło mnie, że spacerowano z nimi po ulicach i głównych deptakach ale zwierzaki nie wydawały się tym faktem zasmucone. Ponadto prawie wszędzie z psami można wejść. Jeśli gdzieś przed sklepem czekał pies t dlatego, że był za dużo ludzi w środku a nie z powodu zakazu. Najdziwniej wyglądały psy spacerujące dumnie po galerii handlowej.  Mam mieszane uczucia co do takiej formy psiej aktywności. Z jednej strony co to za frajda dla psa chodzenie po sklepach ale z drugiej strony nie siedzą same godzinami w domach.

2.       Brak znajomości języka angielskiego


O ile w Barcelonie w punktach typowo turystycznych jeszcze można się porozumieć  tak na ulicy już nie bardzo. Podobnie w Andorze. Hm.. wróć.. w Andorze nigdzie nie można się dogadać po angielsku. Najczęstszą odpowiedzią na pytanie: Do You speak English? jest uśmiech i przeczący ruch głową. Restauracja? Zapomnij. Sklep? A w życiu. Hotel? Z całej obsługi jedna pani coś tam próbowała. Chcieliśmy sprzedać taniej karnet zjazdowy na jeden dzień i zrezygnowaliśmy bo z nikim nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka. Nie ważne stary czy młody. No habla ingles. Ani żaden inny język.

3.       Sjesta – czas święty.


Zawsze myślałam, że sjesta, czyli krótki odpoczynek w środku dnia dotyczy głównie pory letniej kiedy upały dają się we znaki. Okazuje się, że w Andorze nie ma znaczenia pora roku czy temperatura poniżej 10 stopni. Jeśli do godziny 14-15 nie zjesz  obiadu to najwcześniej możesz szukać czegoś otwartego o 19. Oczywiście sklepy są otwarte ale kto  na wakacjach chce sam coś gotować, a poza tym nie spędza się czasu w hotelu. W stolicy poszliśmy do fajnie wyglądającej, poleconej restauracji.  Po wybraniu dań z karty okazało się, że nie możemy ich zamówić ponieważ kucharz właśnie poszedł na sjestę (!!!) Na szczęście w Mc Donaldzie sjesta nie obowiązuje ;-)

Sjesta dotyczy również pracowników muzeów, punktów turystycznych itp.

4.       Płać i płacz


Sjesta w Barcelonie nie istnieje. A jeśli nawet to nie jest dostrzegalna przez turystów. No tak, bo turysta to kasa. Nie ma co tracić czasu podczas którego można turystę naciągnąć na dziesiątki euro. Płacimy za wszystko co turystyczne. W Parku Guel  do każdej atrakcji  trzeba osobno zapłacić. Żeby widok zobaczyć – płać. Kościół – płać. Park – płać. Pałac, który jest w remoncie – płać. Niedługo za przejście Ramblą i zdjęcie z Kolumbem trzeba będzie zapłacić. Tak kiedyś nie było.


5.       Cicha noc….sylwestrowa.


Byliśmy w jednej z większych miejscowości w Andorze i zaskoczył nas brak imprez plenerowych w Sylwestra. W nocy było cicho, nawet z restauracji nie było słychać muzyki czy odgłosów zabawy. O północy nie było żadnych fajerwerków.  To mój pierwszy Sylwester bez kolorowych wybuchów i ludzi na ulicach. Poza tym imprezy nie trwają chyba zbyt długo bo krótko po rozpoczęciu nowego roku na ulicach pojawiło się mnóstwo samochodów.

6.       Policyjne miasto


Mowa niestety o Barcelonie. Mnóstwo policji na ulicach. Antyterroryści spacerujący z karabinami gotowymi do strzału. Na stacjach metra chodzą i zaglądają do wagonów. Byliśmy świadkami aresztowania chłopaka w restauracji. Podjechało kilka wozów, mnóstwo policji wpadło do środka. Nie wyglądało to na aresztowanie klienta nie chcącego zapłacić rachunku.

Trwa nieustanna gra pomiędzy policją a emigrantami. Ci drudzy mają swoje składane „sklepy” z badziewiem na prześcieradłach. Jak widzą policję to raz dwa pakują „sklep” na plecy i chowają się w uliczkach. Kiedy policja odjedzie wracają na swoje miejsca.

7.       Zamknięte stacje benzynowe.


Z Barcelony do Andory ruszyliśmy około 1 w nocy.  Na całym odcinku ponad 200 km nie spotkaliśmy żadnej otwartej stacji benzynowej.  Bak na szczęście mieliśmy pełny ale nawet nie chcę myśleć co by było gdyby zabrakło nam paliwa. Dziwne prawda?
A już wkrótce śnieżna relacja z Andory.



Jeśli nie chcesz  przegapić nowych wpisów  koniecznie polub i obserwuj  Trzydziestkę z Vatem na facebooku, możesz mnie również znaleźć na Bloglovin 

Podobne posty

19 komentarze

  1. W Toskanii jeśli chodzi o sjestę jest podobnie.
    Psy mi nie przeszkadzają, są przynajmniej grzeczniejsze niż rozwydrzone dzieciaki.
    Dwa lata temu spędzaliśmy sylwestra na Lanzarote, trochę fajerwerków było, ale generalnie raczej na ulicach spokojnie.
    Barcelonę bardzo lubię, ale tak jak piszesz woreczek z pieniędzmi to tam podstawa:)

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Twój wpis to kolejne przypomnienie, że podróż do Barcelony odkładam i odkładam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie byłam, ale zapamiętam, bo kto wie, gdzie mnie życie zaprowadzi? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawe informacje! Marzy mi się wycieczka do Barcelony...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ogólnie Barcelona od lat, dzięki książkom Zafona, jest moim ogromnym marzeniem. Jednak przeraża mnie trochę kwestia kosztów zwiedzania. Tak, jak piszesz, za wiele rzeczy trzeba tam zapłacić, a być tam i czegoś nie zobaczyć?
    Sjesta na Bałkanach również jest kultywowana, ale z różnym nasileniem w zależności od regionów i natężenia letnich upałów (bo zimą raczej nikt nie sjestuje).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, zawsze będzie coś do zobaczenia więc może podzielić na kilka wyjazdów ;-)

      Usuń
  6. Nie lubię Barcelony, oj nie:P Kiedyś za park Guela się nie płaciło, a teraz chyba trzeba bulić za wszystko i to nie są małe kwoty.
    Hiszpanie totalnie nie umieją angielskiego, ale myślałam, że w Andorze jest lepiej, skoro tam przyjeżdża masa turystów na narty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja też tak myślałam ale się pomyliłam ;-)

      Usuń
  7. Jejku, naprawdę zadziwiające. Psy wszędzie to według mnie nie dobry pomysł, nie żeby ich nie lubiła, po prostu one muszą się męczyć spacerując na smyczy po centrach handlowych, co to za frajda? A płacenie za każdą budowlę to najnormalniej w świecie mówiąc zwyczajne zdzieranie. Ale cóż, zarobek pewnie niezły z tego :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nas chyba najbardziej zaskoczyły punkty 4 i 5. Bilety wstępu do największych atrakcji są dużo droższe niż w innych europejskich miastach. Do tego Sylwester - żeby zobaczyć sztuczne ognie trzeba było jechać poza miasto, w samej Barcelonie imprezy nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam w Barcelonie kilka i kilkanaście lat temu i aż tak z tymi opłatami nie było..

      Usuń
  9. Barcelona czeka na mnie w lutym więc będę miała jak zweryfikować twój post:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Te sklepy w prześcieradłach ostatnio spotkałem w Paryżu. Najszybszy sposób, żeby zwinąć się z nielegalną sprzedażą. Ale smutno wyglądają wielkie miasta Europy Zachodniej z tymi antyterrorystami :(

    OdpowiedzUsuń
  11. Zdziwił mnie brak sylwestrowych imprez, bo zawsze myślałam, że tzw. południowcy od hucznych imprez nie stronią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wydaje mi się że kiedyś było inaczej..

      Usuń
  12. W zasadzie nie ma się co dziwić na te rzeczy, które Cię zdziwiły :) Szczególnie duża ilość policji, w tych czasach w Europie Zachodniej to już chyba norma, szczególnie w mekkach turystycznego biznesu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak, to prawda z tym angielskim, trudno się dogadać. Mało tego, kiedy ja próbowałam coś moim łamanym hiszpańskim, to było jeszcze gorzej, bo to w końcu powinien być kataloński w Barcelonie :P w końcu już przychylniej patrzyli na ten angielski :P

    OdpowiedzUsuń